sobota, 24 września 2016

Ostatni dzień lata

Łatwo sobie wyobrazić, że kosmate chmury wczesnej jesieni to pozostałość po jakiejś tajemniczej apokalipsie, choć nie ma co się oszukiwać, że zapewne był to klasyczny jądrowy wybuch. Więc łatwo też sobie wyobrazić, że pada radioaktywny deszcz, a brudne kałuże zalegające pod krawężnikami to pozostałości tego odpadu, który topi podeszwy butów. Jeszcze łatwiej sobie wtedy wyobrazić, że pusty, nocny autobus ze Służewca do Centrum jest w rzeczywistości specjalnym pojazdem odpornym na radioaktywny opad, odpornym na zewnętrzny świat, więc ja w nim jestem bezpieczny. Jadę przez pusty świat. Jadę nie na pętlę lecz na koniec świata. Wyłaniające się z mroku domy to atrapy i nieliczni przechodnie to też atrapy, podstawieni statyści bez wpływu na cokolwiek. W przeciwieństwie do mojej ułudy decydowania o czymkolwiek. I tylko deszcz rozmywający kontury świata jest prawdziwy i może wiatr szarpiący drzewami też, ale reszta? Reszta z pewnością jest złudą i zniknie, gdy tylko wejdę do domu i zamknę za sobą drzwi. Wszystko zniknie. Zostanie tylko pewność w rozpoznawaniu złud. 
Ostatnio coraz łatwiej jest wyobrażać sobie koniec świata. Mam wrażenie, że ludzkość balansuje na linie a ja jestem widzem tego szalonego spektaklu, stojąc z boku i czekając, aż w końcu spadnie i rozpęta się chaos wojny albo czegoś jeszcze gorszego. Tak sobie wyobrażam świat: jako szaleńca na linie, tańczącego taniec wojenny bez punktu podparcia. Wymyślam sobie w głowie futurystyczne opowiastki o upadku Ameryki, o wojnie w Europie, o Rosji zagarniającej wielkie połacie ziemi, pożerającej kraje jak ciastka. Kiedyś wstydziłem się swojego fatalizmu, dziś otwarcie głoszę apokalipsę, spodziewam się jej, choć z całego serca nie chcę. I przy tym nie pokładam żadnej nadziei w żadnym z bogów, przeszłych bądź obecnych. Nie wierzę bogom. 
A gdy do pustego autobusu wsiada para młodych ludzi, przytulonych do siebie, widzę ich zwłoki przykryte pyłem umarłego świata, zwłoki dalej przytulone do siebie, kochające się po wieczność. I kiedyś byłbym bardziej cyniczny. Teraz jest mi zwyczajnie to obojętne. Przechodzę nad nimi do porządku dziennego i, patrząc w okno, wyobrażam sobie ogień trawiący miasto. 

niedziela, 28 sierpnia 2016

Ostatni wpis z planety Ziemia

Co robię o 5:47 na ulicy, patrząc na mężczyznę, który wymiotuje na skrzynkę transformatora pod moim blokiem? Właśnie, co robię? Jest przecież piąta rano, szósta niemal. Niedziela. Na ulicy widać tylko tych pijanych i tych, co muszą iść do pracy. Kim więc ja jestem pośród nich, trzeźwy jak świnia, słuchając Under the Sign of the Black Mark? Ten wymiotujący mnie chyba nie widzi, zbyt zajęty swoją czynnością. Balansuje, starając się nie narzygać na buty, które wyglądają na dość drogie. Nie udaje mu się i przez szerokość ulicy widzę wyraźnie pstrzące się na tych butach i nogawkach spodni jasne kropki jego własnej treści żołądka. To zresztą wydaje się być jedyna treść, jaką ma w tym momencie jego życie. Ale nie osądzam go, mnie samemu zdarzało się to zbyt wiele razy, abym miał go osądzać. Dziś wydaje mi się to straszną stratą czasu. Piję coraz mniej, bo coraz mniej mogę wypić. Nie palę. Nadal systematycznie nie biegam, choć jakiś czas temu wylądowałem na pogotowiu z podejrzeniem zawału serca, który okazał się być "jedynie" porażeniem nerwowym spowodowanym zapadnięciem się trzech kręgów w kręgosłupie. Teraz biegam jedynie po lekarzach, ale ten wątpliwy jogging nie wychodzi wcale na zdrowie. Jednak leżąc na sorze i patrząc na przestarzały sprzęt do reanimacji, który odpalała (tak na wszelki wypadek) pielęgniarka, nabrałem dystansu do siebie i świata. Od tamtej pory, gdy ktoś znajomy mówi mi, że wziął kredyt na trzydzieści lat na wymarzone mieszkanie, wzruszam ramionami i przypominam sobie zimny żel od aparatu ekg oraz pieczenie welfronu w żyle prawego ramienia. Lekarka krzyczała na mnie, że za wolno ściągam koszulę, a ja odparłem, że przecież nie czuję lewej ręki, nie mogę nią ruszać, więc nie rozbiorę się szybciej, na co ona szarpnęła koszulą i wykręciła moją rękę do tyłu mówiąc: no przecież pan rusza! 
Co prawda nie było to zetknięcie się ze śmiercią, bo w końcu nawet nie straciłem przytomności, co według pewnej osoby nie jest zawałem, ale jakąś popierdułką. Zawał jest wtedy, gdy serce staje, bo ma dość, a lekarze za wszarz wyciągają cię z tunelu światła. To jest prawdziwy zawał. Z tym, że ja nie miałem zawału. Serce mam silne, jak się okazało, ale kręgosłup już nie. Jestem więc człowiekiem z przetrąconym kręgosłupem, który patrzy, jak inny przetrącony przez alkohol człowiek rzyga na jego blok. Wymiotujący w końcu mnie dostrzega. W jego oczach jest zmieszanie i agresja. Coś bełkocze do mnie, ale nie słyszę, bo Bathory na uszach. Odchodzę od niego, raczej przekonany, że mnie nie dogoni. Przez chwilę kulę ramiona, jakbym oczekiwał, że za chwilę dostanę kwaśny cios w plecy, ale nic takiego nie następuje. Okrążam blok, okrążam rondo ONZ i zachodzę do sklepu. Dlaczego tak rano? Nie biegam. Nie mam psa. Nie pracuję w niedzielę. Więc dlaczego? 
Ludzie spieszący się na tramwaje czy autobusy patrzą na mnie spode łba. Pijany? Prosto idzie, nie spieszy się o szóstej rano, pewnie pijany albo naćpany. Gdybym był ubrany jak do biegania, pewnie nikt by się nie dziwił, choć bieganie to dziwna czynność. Człowiek wygląda wtedy głupio i wydaje dziwne dźwięki. Może dlatego wciąż systematycznie nie biegam? Cała ta cielesność czasem mnie okrutnie irytuje. Nie działa jak należy i to nawet nie z mojej winy, bo tak mnie urodziła matka, więc kogo obwiniać o trzy zapadnięte kręgi, których nie wykryli lekarze w latach 90'? Przez to teraz trochę człapię, a trochę kuleję, bo lewą nogę mam mniej sprawną i często łapią mnie nerwobóle, przez które ciężko się chodzi i trochę ciężej oddycha. Paradoksalnie wtedy zaczynam lepiej rozumieć świat i jego ulotność, choć nie sprawia to, że lubię go bardziej. Znaczy, ludzi. Nadal wolę ich unikać w większych ilościach. 
Gdy wracam, jest niemal siódma. Wymiotujący mężczyzna zniknął. Może pożarły go potwory z innego wymiaru, może kosmici, a może zwymiotował się cały i jest teraz kolorową plamą na chodniku i częściowo na ścianie bloku. On już pozostawił po sobie znak. Cóż takiego ja po sobie pozostawię? Patrzę w puste, czyste niebo o świcie już wiem: w skali Kosmosu pozostawię po sobie wielkie, jasne i błyszczące nic. 
A potem, już radośniejszy, wracam do domu i myślę, że to dobra pora, aby położyć się w końcu spać. 

czwartek, 15 października 2015

morze środkowe

Wielki statek idzie na dno. Ja w nim; ja i setka innych osób. Z niewyjaśnionych bliżej przyczyn do statku nie dostaje się woda, więc wszyscy jesteśmy uwięzieni w nim jak Jonasze w brzuchu stalowego wieloryba. Powietrze szybko robi się duszne i wilgotne. Podskórnie czujemy, że pomoc nie nadejdzie, więc urządzamy wielką orgię, szaleństwo, niszcząc wyposażenie statku, niszcząc samych siebie, pijąc i uprawiając seks gdzie popadnie.

Wydawało mi się, że umarłem. Budzę się jednak w podziemnym mieście, w którym budynki wyciosane ze skały porośniętej mchem albo glonami. Lśnią zieloną wilgocią, są śliskie w dotyku. W całym mieście jest nas trójka: ja, młoda dziewczyna i staruszek. Dziewczyna jest związana ze staruszkiem, czego nie potrafię zrozumieć. Staram się przekonać dziewczynę, aby odeszła od staruszka i poszła ze mną na poszukiwanie innych miast i innych ludzi. Dziewczyna opiera się. Gdy nic nie pomaga, chcę zabić staruszka. Idę do niego z nożem i zabijam go. Dziewczyna jest moja i zgadza się ze mną zostać pod warunkiem, że nie opuścimy miasta. Zgadzam się. Zostajemy. Starzejemy się, a raczej ja się starzeję, bo dziewczyna pozostaje cięgle młoda. Pewnego dnia do miasta przybywa młody człowiek, który zakochuje się w dziewczynie, nie może zrozumieć, że ona woli mnie, aż w końcu zabija mnie i zostaje z dziewczyną. Ma moje oczy, moje szaleństwo i mój nóż.

Po zagładzie Starego Świata nieliczni, którzy przeżyli, podróżują wielkimi ciężarówkami, w których mają małe ekosystemy, poletka z warzywami i ziemniakami, małe zwierzęta. Ziemia jest pusta i wielka, ludzi mało, więc jedna ciężarówka może mieć długość nawet kilometra. Poruszają się po ziemi jak wielkie, stalowe ślimaki, ciągle naprzód, skręcając przez wiele, wiele kilometrów. Nie jest to jedna, wielka przyczepa, lecz kilkaset modułów, jak wagony pociągu. W jednej żyje kilka rodzin. Czasem spotykają się na pustkowiach i wymieniają towarami oraz dziećmi, aby zapewnić różnorodność genetyczną. Zmarłych przetwarza się na białko. Jestem kierowcą takiej ciężarówki. Gdy jej nie prowadzę, śni mi się kolorowy, zielony świat pełen wody. Śni mi się, że jestem kapitanem statku, który tonie. Śni mi się, że tonę.

czwartek, 19 lutego 2015

Wiatr

Spotykam go na dworcu. Wsiadamy razem do pociągu. Jedzie do Ciechanowa. Ja do Warszawy. Nie widzieliśmy się kilka lat więc rozmowa się początkowo nie klei. Trochę wspominamy, trochę żartujemy, ale żarty sprzed piętnastu lat już nie bawią jak kiedyś.
 - Co właściwie robiłeś przez te wszystkie lata? – pyta. Nienawidzę tego pytania. Nigdy nie wiem co na nie powiedzieć. Ale odpowiadam. Przez mniej więcej piętnaście minut opowiadam swoje życie, bez wnikania w nudne szczegóły, pobieżnie i najbardziej ogólnikowo jak tylko można. Słucha w milczeniu, nie odzywa się ani nie przerywa. Gdy kończę kiwa głową i przez chwilę milczymy. Ja wiem, że on czeka na to samo pytanie. Takie ogólnikowe pytania mają to do siebie, że muszą być zadawane obustronnie, wet za wet. Czeka na to pytanie patrząc w okno. Kiwa głową jakby liczył mijane drzewa.
- A u ciebie? Co porabiałeś przez te lata?
Pytanie jest ciężkie i przez moment zastanawiam się dlaczego w ogóle je zadałem. Przecież nawet nie wiem, czy chcę usłyszeć odpowiedź.
On milczy chwilę po usłyszeniu pytania nie patrząc na mnie.
- Cóż… Ożeniłem się – powiedział w końcu.
- To chyba dobrze.
- Chyba. Sam nie wiem.
- Szczęśliwe małżeństwa to chyba rzadkość.
- Nie, ja jestem szczęśliwy. Tylko czasami chciałbym być szczęśliwy inaczej. Nie zrozum mnie źle. Nie chciałbym zmieniać czegokolwiek, ale czasem chciałbym to opóźnić.
- Hmm..?
- Wiesz, to całe wejście w dorosłość. Co to w ogóle jest? Dorosłość – obraca to słowo w ustach jak kawałek zbyt twardego ziarna kukurydzy. – Można od tego zwariować.
- Pewnie tak. Zawsze się przed tym broniłem.
- Wiesz, to dobrze, bo to co ja mam wcale nie jest bardziej dorosłe od tego, co ty masz.
- Ja nie mam nic – mówię. – Zupełnie nic. Dla zbyt wielu ludzi jestem nieudacznikiem. To nie jest miłe ciągle to słyszeć.
- Jednak starasz się coś zrobić dla siebie. Ja nawet tego nie potrafię. Dzieci, żona. Wakacje raz do roku, które potem pamiętam jak pijacką noc, z opowieści żony i dzieciaków. Wracam do domu, siadam i nie wiem, czy to mi się śniło, czy faktycznie miało miejsce. Opalenizna mi o tym przypomina, albo zakwasy w mięśniach. Te kilka dni, nim do końca się nie rozpakujesz i wszędzie walają się walizki albo pamiątki, których zakupu zupełnie nie pamiętasz. Nie ma w tym nic, co by było warte powtórzenia, a jednak w następnym roku znów jedziemy. Do Peru, bo przecież to modne podobno, nie wiem zresztą. Co takiego jest, kurwa, w Peru, że moja żona chce tam jechać? Przecież ona myli Inków z Aztekami, a opalić się może w Łebie tak samo.
- Wiesz, masz możliwość, to jedziesz. Pewnie też bym jeździł, gdybym miał możliwość.
- Ech, sam nie wiem. Trochę mnie to wszystko wkurwia. Jeszcze samochód rozwaliłem.
- Byłeś gdzieś ostatnio?
- Ja? Nie. To znaczy, nie. Do pracy jechałem i jakiś idiota jechał nieoświetlonym traktorem. Wpierdoliłem się w ten traktor. Chuj się jeszcze zapierał, że to moja wina, ale dmuchnął i mu wyszło złoty trzydzieści. Pierdoleni rolnicy, żywiciele narodu, kurwa. Im wszystkim jeszcze komuna siedzi w mózgach jak ropa w zepsutym zębie. Myślą, że są królami Polski. Albo ci górnicy…!
Mówi naprawdę głośno i chciałbym, aby się zamknął. Ludzie na nas patrzą, co wprawia mnie w zakłopotanie. Pamiętam go jako spokojnego, cichego gościa. Śmiał się tylko głośno, ale nigdy głośno nie mówił. Teraz niemal krzyczy. Zawiesza się jednak w połowie słowa, zwiesza głowę i patrzy w okno. Przez resztę podróży gadamy o neutralnych tematach.
Przed Ciechanowem wstaje, narzuca niedbale płaszcz na ramiona i podaje rękę.
- No, to trzymaj się, Adaś! Może kiedyś się jeszcze zobaczymy.
- Wiesz, ogólnie dużo jestem teraz w Działdowie.
- Stary, mam tak mało czasu… Napisz do mnie!
Wybiega z pociągu gdy ten ledwo staje. Widzę go, jak próbuje w silnym wietrze zapalić papierosa osłaniając się skórzaną teczką. Potem rusza szybkim krokiem wzdłuż obdrapanego budynku dworca w stronę postoju taksówek. Mam niczym niezachwianą pewność, że nigdy go już nie spotkam. 

piątek, 28 listopada 2014

Przyczynek do pewnej sugestii

Likwidacja to ciężkie słowo. Serio; myśląc o nim wyobrażam sobie umierające istoty, których historii ani biologii nigdy nie poznam. Z tego miejsca nie ma odwrotu. Ze ściśniętym sercem naciskam guzik. Tak  proste, a przecież za tym prostym ruchem kryje się coś więcej. Lecz ja wiem, ja wiem i mój wybór jest świadomy, a raczej ja mam świadomość pozornego wyboru. Bo przecież wiemy, że wolna wola nie istnieje. Okrutny żart biologii, ewolucji czy też Pana Boga. Nazwijcie to sobie, jak chcecie. Bo gdy wmanewrują cię w likwidację, o której nie masz pojęcia (bo jesteś tylko pionkiem, mały chłopczyku, tylko pionkiem!), to rozgrzeszasz się mówiąc, że nie miałeś wyboru. Tak właśnie, nie miałeś wyboru, więc naciskasz guzik, prowadzisz armię do ataku albo wyciągasz z szafy piękną, lśniącą siekierę i wolno przechodzisz przez pokój, gdzie twoja ofiara staje się właśnie twoim przeznaczeniem, determinizmem, pierdoloną nemezis! Cóż zrobisz?
Wmawiasz sobie, że to wybór, a przecież palec musiał opaść na guzik, rozkaz musiał zostać wydany, siekiera musiała spaść na łeb tego pieprzonego japiszona. To nie ty przecież, nie człowiek; maszyna jakaś, bezwolna, sterowana. Nie jesteś maszyną. Jesteś człowiekiem. Ciebie nie można zaprogramować, nie można wymienić zepsutych części, nie można pokierować. Jesteś człowiekiem. Brzmi dumnie. A może durnie?
A może to w ogóle nie ma najmniejszego sensu?
Bo tak: pozwalasz ma modyfikacje, wszczepiasz sobie czujnik w mózg, który zmienia nastawienie do świata i sprawia, że możesz myśleć lepiej i szybciej, wzmacniasz organizm, żyjesz dłużej poprzez leki i żywność zmienioną genetycznie; wreszcie masz nadzieję na ostatecznie wyzwolenie od miękkiego, gnijącego ciała. Czy jesteś dalej człowiekiem, czy może czymś ponad?
Sprzeciwiasz się modyfikacjom, a brak głupiej kawy sprawia, że nie możesz myśleć o niczym innym, tylko o czarnym narkotyku. Pasożyt, który podłącza się do twojego mózgu i każe ci zrobić wszystko, byś rozsiał jego potomstwo. Ty masz wolną wolę? Ty właśnie?
Twój mózg jest innego zdania.

Orson Scott Card; Bret Easton Ellis; Peter Watts.

czwartek, 22 maja 2014

Widokówki znad morza, którego nie ma

 Planet Doc +; po obejrzeniu filmu Zappa wraca na Sycylię wychodzę przed Pałac Kultury, mijam posągi i kieruję się w stronę Złotych Tarasów. Przy jednym z maszkaronów oblepiających Pałac stoi dwóch byznesmenów: kurzą papierosy dymiące jak palona opona i liczą pieniążki zebrane podczas licznych kwest w okolicach Pałacu i Metra Centrum.
- Patrz, Krzysiu - mówi jeden z nich, a papieros trzęsie mu się na wargach i popiół spada na szarą marynarkę. - Festiwal zagraniczny, a my tylko marne 200 euro i trzysta złotych zarobili!
- Tak - kiwa głową Krzysiu. - Widać, że Europa już biedna jak my!
Oczywiście, zaczepiają mnie z pytaniem o drobne. Oczywiście, nie starają się nawet ukryć pieniędzy, które już mają.
- Kierowniku - wchodzi w trans ten, którego nazwano Krzysiem. - Złotówki nam brakuje do... - urywa nagle, patrzy na kolegę, potem na zmięte banknoty w kieszeni i znów na kolegę, który wzniósł oczy do nieba i powiedział:
- Kurwa, umiesz ty biznes robić!

Lecz ta wiosna inny ma smak, niż nieudany biznes.  Potruchtawszy dalej od nich, mijam kongresową, wchodzę na przejście dla pieszych w formie klawiatury pianina albo innego fortepianu i przechodzę na drugą stronę. W myślach nazywam to "dzielnicą drapaczy chmur", ale to przecież lekko ironicznie określenie na te kilka domków wyższych niż dwadzieścia pięter. Nie mniej, gdy jest wieczór, albo ciepła noc, stojąc na podwórzu pomiędzy blokami, a przed sobą mając biurowiec rozjarzony bladymi światłami, można poczuć się jak w Blade Runner. Troszkę tylko zawężając horyzont do tego jednego budynku. Bo reszta jakoś futurystyczna nie jest. Dalej jest plac zabaw. Jeden z tych absolutnie absurdalnych placów zabaw, z betonowymi ścianami, z dziwną jakby kładką pośrodku i wielkim głazem polodowcowym wplecionym na rympał w strukturę jednej bujaczki oraz miniaturowego konika na wielkiej sprężynie. Jest też okrągła piaskownica, tak mała, że z trudem mieści się w niej dwójka średnio wyrośniętych dzieci. Obok jest ławeczka; na niej siadają matki wiecznie wpatrzone w smartfony. Jedną ręką grzebią od niechcenia w piasku, drugą patrzą w telefon, a dziecko tymczasem pożera kolejne garście piachu. Przyglądam się temu od niechcenia, rzucając jakieś skostniałe uwagi w stylu: kiedyś to było nie do pomyślenia albo, że za moich czasów. Dziecko w maleńkiej piaskownicy rzuca samochodzikiem w matkę. Matka nie reaguje, przyspiesza tylko bezsensowny ruch ręką wyposażoną w łopatkę. Dziecko w odpowiedzi zjada kolejną garść piachu.

Mężczyzna grający z krzesła niezmiennie wzbudza we mnie pozytywne myśli, a mimo to nigdy nie dałem mu ani grosza. Ostatnio zmienił instrument: przez moment zamiast krzesła miał takie jakby biurko, ostatnio natomiast całkowicie przesiadł się na europaletę. Muszę przyznać, że jego brzmienie na tym straciło. Krzesło miało wyrazistość i znacznie większą rozpiętość tonalną; europaleta jest dość monotonna. Stłumione brzmienie, jakie emituje, z trudem przebija się przez gwar ludzi wysiadających z metra, przez krzyki punków niezmiennie spiskujących przeciw systemowi poprzez żebranie na fajki, choć ciuchy mają lepsze od moich, a na pewno nowsze i droższe oraz kaznodziejów, którzy szczególnie upodobali sobie to miejsce. Czasami rozstawia się tam jakiś samotny bojownik o prawa ludzi. Chce uwolnienia kogoś w Chinach albo na Tajwanie, nigdy nie mogę zapamiętać, gdzie dokładnie. Myślę, że mu tak samo wszystko się szybko zmienia. Kaznodzieje są jednak najciekawsi. Mówią o wielu zagrożeniach, jakie czyhają na ludzi wysiadających z metra. Czują się w obowiązku ostrzec nas przed złem, jakie czai się, gdy tylko wyłonisz się z przejścia podziemnego w świat pełen pokus cielesnych i materialnych. Często jest z nimi wiekowa już hipiska z kwiatami we włosach. Porusza się w sposób, w jaki zwykły poruszać się hipiski na starych teledyskach z Hendrixsem: lekki, płynny, posuwisty ruch z lekko uniesionymi, falującymi ramionami. Ostrzegała mnie raz przed Szatanem oraz mówiła, że Bóg jest tęczą sugerując dziwną dwoistość, bo przecież kilometr dalej ta sama tęcza płonęła jako znak Szatana. Jednak po bogu, który jest jednocześnie swoim własnym synem i swoim własnym ptakiem, można spodziewać się jeszcze większych cudów.

Ursynów, dwudziesty pierwszy maja, 27 stopni, lekkie zachmurzenie, wiatr umiarkowany. Malowniczo usytuowany wśród miejskiej zieleni sklep Marc Pol. Wychodzę z niego dzierżąc w dłoniach paczkę mrożonych warzyw, która przyjemnie owe dłonie schładza. Popijam zimną colę, przystając na moment w cieniu obok sklepu Komfort. Na murku, zupełnie nieopodal, siedzi dwóch nurków. Kiwają się w te i we wte, mocno już utytłani w elemencie baśniowym. Rzeczywistość już małe ma dla nich znaczenie. Jeden z nich takie oto zdanie wygłasza:
- Ciepło jak na plaży, Heniu. Tylko morza brak!
A Henio rezolutnie, z figlem, z błyskiem, taką ripostę:
- Ty morza wciąż szukasz, a ja od rana nim płynę!
I pomyślałem: gdyby to usłyszał Jacek Cygan, to pewnie niezwłocznie umieściłby ten wers w nowej piosence Edyty Górniak. Spojrzałem na nich pełen podziwu, zwłaszcza dla Henia. Patrzyłem, jak słońce okrasza złotymi plamkami jego mądre ramiona, jak siwy włos na głowie lśni jak nimb świętości i wiedzy tak wielkiej, tak głębokiej i tak czystej, że gdzie mnie tam do nich! Odchodzę, pełen szacunku i nieco mądrzejszy.

piątek, 16 maja 2014

Nocne kwiaty

Wyobraź sobie, zaraz po wyjeździe z Krakowa, stanąłem na granicy z Czechami. Podjechałem do wielkiej, ciemnozielonej bramy, która nie otworzyła się przez dłuższą chwilę. Uchyliła się, gdy zaczynałem cofać. Wjechałem do środka. A potem było o tyle ciekawie, że na odprawie celnej już nie miałem samochodu, a jedynie sekretarzyk na kółkach w kolorze jasnego dębu. Rozmawiałem o nim z panią celnik. Była zachwycona. Przeszedłem przez granicę. Zobaczyłem zielone pole z pasmem gór na horyzoncie. Niebo miało barwę ciemnego granatu. Góry były zamglone. Jakiś mężczyzna podszedł do mnie i wręczył mi telefon. Męski głos w słuchawce oświadczył, że muszę wracać.

Więc wróciłem. Było po drugiej w nocy gdy usiadłem na krześle i napiłem się zimnej herbaty, co zwykle ją sobie robię wieczorem ciepłą, ale stygnie przez noc zwyczajem wszystkich płynów zostawionych samopas. I tak sobie pomyślałem: skoro już obudził mnie ten dziwny sen, to muzyki bym sobie posłuchał. Więc włączyłem sobie muzykę.

Za każdym razem jak słyszę przelatujący samolot oczyma wyobraźni widzę od razu na horyzoncie wykwitające grzyby wybuchów atomowych. Nie wiem, czy wina to miliona godzin spędzonych w Falloucie, czy może ogólna tendencja światowa, ale widzę te grzyby atomowe. Kwitną ładnie, rosną wysokie i spalają wszystko wokół. Trujące kwiatki.

Ale tym razem wszystko było inaczej: zobaczyłem czarne jak smoła morze, w którym uczyłem pływać dziewczynę, której twarzy nie widziałem. Miała na niej maskę do nurkowania, w kolorze żółtym. Tego koloru miała też kostium kąpielowy. Morze było wzburzone: na czarnym tle odcinały się tylko białe smugi piany na szczytach fal. Niebo zasnute kosmatymi chmurami. Ale nie było zimno. Dziewczyna rzucała się w fale, a one wyrzucały ją co chwila na brzeg jak martwą syrenę. Prychała i pluła wodą, ale próbowała nieustannie. Usiadłem w płytkiej wodzie i patrzyłem, jak sobie radzi. Żółty kostium na tle czerni, znikający co chwila pod wodą i wyrzucany przez fale. I wtedy morze zaczęło wyrzucać na brzeg martwe ptaki. Setki martwych ptaków z pozlepianymi piórami, martwymi, mętnymi oczami. Dziewczyna jakby tego nie zauważyła. Ptaki przylepiały się do mokrego ciała jak muchy do lepu, ale ona pływała dalej. Znad morza nadciągnęła nawałnica, jakby ściana wody. Nie spadła jednak na mnie, a przystanęła. Wiry wody i chmur kotłowały się przede mną, wzburzały morze. Dziewczyna usilnie uczyła się nurkować, aż w końcu dała za wygraną i morze wyrzuciło ją na brzeg oblepioną martwymi ptakami. Wtedy lunął deszcz i chmura przetoczyła się nad nami. Chmura jakby podszyta światłem, emanowała dziwną jasnością typową dla burzowych chmur. Nie było błyskawic, jedynie jednostajny szum deszczu i przewalających się mas powietrza. I nagle, gdzieś z tej chmury, dobiegł nas głos. Nie konkretny, bez słów, nucący spokojną, wolną melodię. Nawałnica przetaczała się nad nami, lecz wiedziałem, że trzymając się tego głosu będę bezpieczny. Że nic mi się nie stanie. Chmura przeleciała nad nami i z potężnym zgrzytem, jak jakiś mechanizm, zwaliła się na ziemię i pośród szczęku stali, grzmotów wybuchów i szumu wichru rozpłynęła się. Staliśmy jeszcze przez chwilę patrząc, jak słońce zaczyna wychodzić zza chmur. Dziewczyna nie zdjęła maski. Spojrzałem na nią, ale widziałem tylko odbicie swoich oczu w miejscu, gdzie powinny być jej oczy. Uśmiechnęła się tylko kwaśno gdy wyjęła nóż i jednym płynnym ruchem ucięła mi ucho. Nie bolało. Odwróciła się, chcąc wrócić do morza. Zapytałem, jak ma na imię. Odpowiedziała: Gdy człowieka nie przeraża stanięcie oko w oko z sobą samym, może to oznaczać, że jeszcze nie jest człowiekiem. Witaj, jestem Nadja.

Dodatek muzyczny nieco nadzwyczajny: Ponieważ od kilku dni jaram się jak norweski kościół nową płytą Swans, powiem tylko tyle, że jaram się nową płytą Swans jak norweski kościół.
Jaram się też nową płytą Current 93, ale to rzecz sprzed miesięcy trzech, ale lepiej późno niż wcale. I w zasadzie te dwie rzeczy jarają mnie najbardziej.

niedziela, 23 marca 2014

Jak opisać martwego kota?

Gubię ludzi licząc na to, że ich późnej odnajdę w ponurych labiryntach życia. Mieszamy się, mijamy, używamy słów aby siebie opisać i aby opisać stosunek nas samych do świata wokół. Widzę literki, gotowe sceny i punkty zwrotne. Człowiek schowany za fasadą słów.
Samoloty wyglądały jak zabawkowe modele puszczane ręką niewidocznego dziecka. Dalekie światła na horyzoncie; najpierw mała plamka, potem dwie plamki, potem obły kształt i huk maszyny tnącej ciepłe, wilgotne powietrze przedwczesnej wiosny. Jesteśmy, ja i K., na skraju miasta i rozmawiamy. O życiu, o kobietach, o Polsce, o polityce: jak to zwykle rozmawiają mężczyźni pijący alkohol. Ale zasadniczo nie narzekamy, a raczej staramy się ogarnąć otaczającą nas rzeczywistość. Nie aż tak odległe Okęcie przypomina plener starego filmu science fiction: błyska setką lampek w kolorach pomarańczu i czerwieni. Samoloty cumują w tym, w czym zwykle cumują samoloty. Z daleka kanciasta budowla terminala wygląda jak samica karmiąca swoje młode. Samoloty podłączone pępowinami korytarzy w których pulsują ludzie wracający z nieznanych nam krain.
Gdzieś w ciemnościach słychać skrzek ptactwa wracającego po zimie do Polski. Wracające samoloty i wracające ptactwo. Analogia nasunęła się niejako samoistnie. Zaczynamy czuć pierwszy chłód. Wilgoć podnosi się z traw, snuje się, dotyka chłodnymi palcami policzków i dłoni. Piwo jest przyjemnie rześkie, jak każde piwo pite ciepłym wieczorem pod chmurką.
Zgadujemy z jakiego kraju przylatują samoloty. Wygrywam, gdyż z uporem maniaka obstawiam samoloty LOT, a te z uporem maniaka cały czas nadlatują. Jeden po drugim. Wyrodne pisklęta, co opuściły gniazdo i teraz wracają. Mają pełne brzuchy ludzkich larw, a te mają pełne brzuchy wspomnień z odległych krain, białych plam na mapie, miejsc dziwnych zwyczajów kulinarnych i odmiennych zachowań przy stole.
Rozmowa toczy się wartko i przyjemnie. Piwa ubywa szybko. Wokół nas pojawiają się rodziny chcące pokazać dzieciom samolot, rowerzyści, pary w samochodach. Znikają szybko, obejrzawszy zaledwie jeden samolot, jakby jeden lądujący samolot dawał im obraz wszystkich samolotów, jakie wylądowały na Okęciu. Ileż marzeń, nadziei, wspomnień i łez wwiozły te samoloty, a ileż wyleciało wraz z nimi? Nie odgadniesz.
Gdy kończy się piwo idziemy na stację. Rozmawiamy, o religii, bo to temat, który narzuca się, jak Polak ma kilka piw w Polaku. W zasadzie rozmawiamy, jak się z religią rozstaliśmy. Ja opowiadam pewną historię z liceum, jak pierwszy raz powiedziałem na głos (co teraz może wydawać się infantylne, ale wtedy było to dla mnie coś wielkiego): Boga nie ma. Powiedziałem to głośno i dobitnie, w noc rozkrwawioną światłem latarń. Powiedziałem to tak, aby K. usłyszał i zrozumiał, jak ważne było dla mnie wypowiedzenie tych słów. Powiedziałem, że bałem się pioruna, wrzącej smoły, wideł w dupie i wszystkich innych rzeczy którymi straszyli mnie tłuści księża i niewyżyte seksualnie katechetki. Powiedziałem to jeszcze raz: Boga nie ma!
Przystanęliśmy na chodniku, bo mój widok przykuł martwy kociak leżący na trawie. Wyglądał, jakby spał. Małe łapki, tępe uszka; był smoliście czarny. Pomyślałem: to jest bóg, ale bałem się to wypowiedzieć na głos. Martwy kociak, zwinięty w kłębek jakby spał spokojnie. Martwy bóg. Poczułem dziwne dreszcze. Świat złożył nam metafizyczny ukłon, puścił oko, uśmiechnął się szelmowsko. Poczułem się wtedy częścią czegoś niepojętego, nad czym nie mamy najmniejszej kontroli.
Myślę, że K. też to poczuł.

niedziela, 16 marca 2014

Akwarium z widmami

Dwie obce istoty patrzące dziesięciorgiem oczu: błyszczących i zdziwionych. Nie poznałem w pierwszym odruchu. Perłowe paznokcie w blasku pomarańczowych latarń.
Światło wpadało od dołu przez zdezelowane żaluzje i malowało plamiste formy na suficie. Pasy i linie pomarańczowego światła i dwie zupełnie obce stopy w ciemnościach.
Światło jest migotliwe i rozedrgane, nerwowe. Deszcz jest tak gęsty, że wprawiał światło w drżenie. A ono smugami rozpływało się na ścianach zdradzając ciągotę przejścia z kubizmu w surrealizm.
Zaschnięte odpadki snów. Póki czuję je w kącikach oczu jestem gotów zasnąć w każdym momencie. Wydłubanie ich oznacza bezpowrotne oderwanie od snu.
Zacieki z cieni i światła. Plamy nie wędrują wraz z upływem czasu. Mogę się w nie wpatrywać póki nie rozpłyną się w świetle świtu.
Deszcz: to dobra myśl na początek.

Ma trochę za długą twarz. Może gdyby jej skrócić odrobinę podbródek? Mimo tego jest symetryczna i ładna. Ta nieco końska pociągłość twarzy jest estetyczna, jakby natchniona. Coś jakby wspomnienie Modiglianiego. Bardzo delikatne wspomnienie. Włosy długie, za ramiona. Figura drobna ale pełna, nie chuda. Wszystkie linie nakreślone prawidłowo.

Twarz ma wiecznie uśmiechniętą, ale tym dziwnym, maniakalnym uśmiechem. Jest kategorycznie zniewieściały, choć w sposób dziwny, bo zupełnie o siebie o nie dba. Można go nawet podejrzewać o lekkie upośledzenie umysłowe, ale nie jest upośledzony. Jest tak miły i uczynny, że po dwóch, może trzech minutach rozmowy z nim mam ochotę uderzyć go w twarz zaciśniętą pięścią.

Żabiość jej twarzy podkreśla zielony żakiet w białe paseczki. Ledwo trzymające się głowy włosy koloru kasztanów wyglądają jak czapka - pilotka. Niska i krępa: wszystko w jej ruchach jest jakby żabie, ale nigdy nie skacze a jedynie niezdarnie porusza się na lądzie. Jeśli dodamy to tego lekki zez lewego oka...

Pod pudrem i różem ukrywa zwyczajną, prostą twarz bez najmniejszej ekstrawagancji. Ciało przeraźliwie chude. Ramiona sterczą opięte różową bluzką jak kikuty zbędnych ramion. Talii nie ma: linia bioder łatwo i bez problemów przechodzi w linię ud. Tylko twarz ma w tym wszystkim proporcje. Choć może nos: sterczy dumnie pośrodku twarzy i napina skórę. Ładne, przejrzyste oczy. Reszta pospolita, jakby namalowana przez artystę ludowego.

Najtrudniej znaleźć normalność. Coś, co podążałoby za kuszącym głosem, który dobiega zza pleców. Odwracam się i widzę twarz bez niczego, co mogłoby przykuć uwagę. Głos obiecuje wiele, ale nie twarz; ta jest wyprana, zmęczona i obojętna. Bezbarwna.

Przypomina Hulka Hogana, ale bez wąsów, bo w wersji kobiecej. Niska, przysadzista, zwyczajnie gruba, ale w sposób niemal ordynarny, nie dobrotliwy. Jestem prawie pewien, że jest fałszywa i nie posiada kręgosłupa. Choć może zwyczajnie się boi mieć swoje zdanie. Jest wylewnie miła dla wszystkich wokół.

Jego twarz jest miła i jest młodością, której można pragnąć. Jego twarz jest grubo ciosana i jest głupotą młodości. Dziewczyny z kosmetologii go lubią. Alvaro na wodę. Oczy wypukłe, włosy wiecznie na wodę z kranu.
- Dlaczego co chwila moczysz włosy?
- Żeby nie odstawały. Mam loki, widzisz? - kręci na palcu ciemnego loka.
- Nie łatwiej użyć żelu?
- Żel to nie wyzwanie!
Jest głośny. Macha rękoma jak mówi i tryska niekłamanym entuzjazmem do wszystkiego, co go otacza. Jest przekrwiony i niepewny. Poci się obficie markowymi perfumami. Krople kranówki kapią mu z włosów.

W jej oczach widziałem pogardę. Czego chcieć więcej od pięknej kobiety? Tylko pogardy. To najwspanialsze uczucie jakim może obdarzyć mężczyznę kobieta o urodzie antycznej bogini. A ja, idiota, zażądałem miłości! Myślałem naiwnie, że to durne uczucie rozwiąże wszystkie problemy. Tymczasem to właśnie uczucie jest największym problemem. Innego nie ma.

środa, 5 lutego 2014

Kilka naiwnych pytań na fortepian i trzy wątpliwości

A gdyby się okazało, że ten nieznajomy mężczyzna, którego właśnie mijasz to ten jedyny, na całe życie?
A gdyby się okazało, że nie ma nikogo na całe życie, tak, jak i nas nie ma na całe życie. Tracimy siebie dzień po dniu, bez litości, bez strachu i bez poczucia czasu, jaki pozostał. Kto umie błądzić myślami po obcych światach nigdy nie będzie się nudził. Kto umie być ze sobą ten nigdy nie będzie samotny.

Czy bez miłości świat byłyby uboższy? I czy nie jest tak, że my nadajemy zbyt wiele sensu temu okrutnemu uczuciu które w zasadzie niemal zawsze prowadzi do upodlenia którejś ze stron. Mówimy, że to piękne, bo cóż mamy mówić? Co nam pozostaje? Stoimy na pozycji bitej żony, która o mężu mówi, że jak nie pije, to nie jest taki zły. W głębi duszy to dobry człowiek. Tak, w głębi duszy i miłość jest piękna. Problem z nią zaczyna się wtedy, gdy w grę wchodzi druga osoba.

Niewiele ostatnio widzę szczęśliwych par. Zaczynam im się przyglądać z ciekawością. Jak zwierzętom. Jednocześnie przyglądam się sobie i dziwię się zwierzęciu we mnie, które chce kopulować, ślinić się, obwąchiwać szukając jednocześnie duchowego ideału, porozumienia, iskry. Patrząc w twoje oczy niemal to widzę. Niemal, bo ideał został daleko w tyle i gdy się odwracam widzę zjawę, mgłę, zaledwie poświatę i ledwo pamiętam kolor oczu. Dlatego nie odwracam się.

Tam byłaś, ale jesteś też przede mną. Może widziałem cię wczoraj, w autobusie, albo dziś, w metrze. Wysiadłaś na Marymoncie, ja pojechałem dalej choć nasze spojrzenia dotykały się w brudnej szybie. Został po nich wilgotny ślad.

I po nas też, po nas dwojgu; odciśnięte ciała w skóropodobnym obiciu siedzenia, mgiełka zapachu perfum i potu, mgiełka złudzeń i marzeń.

A jednak, gdy spojrzałaś na mnie to zamknąłem oczy i dalej słuchałem The Apostate Swans. To jest to miejsce, w którym mnie nie dosięgniesz.

niedziela, 19 stycznia 2014

Qara qarğa

Zacznijmy od początku:
mam koleżankę. Często do mnie wpada ostatnio i wyjada suchy chleb. Nie pamiętam dokładnie, kiedy zaczęły się jej wizyty. Pewnie jakoś późną jesienią; chciałem dać kromkę chleba sikorce, a napatoczyła się wrona. I przylatuje często, siada na parapecie i patrzy czarnym, paciorkowatym okiem na mnie. Nie wiem nawet, czy to jedna i ta sama wrona. Wszystkie wyglądają tak samo. Demony obleczone w pióra, bezmięsne szkielety, dusze umarłych morderców. 

Zacznijmy od środka:
skąd ten twój uśmiech się wziął?
Próbujesz iść w szpilkach po oblodzonym chodniku i jesteś w tym pocieszna. Myślałem, że szpilki wbijają się w lód jak raki i łatwiej jest iść po lodzie, tymczasem widzę, że to nieprawda. Bardziej przypomina chodzenie w łyżwach. Ale patrzę na ciebie, jak łapiesz mnie za bark starając się utrzymać równowagę, drugą rękę z małą torebką wyciągasz na bok, balansujesz, łapiesz równowagę. A chodnik jest śliski, do tego dziurawy i pewnie bez lodu szło by się po nim ciężko. Uśmiechasz się niepewnie, dziękujesz. Zamieniamy kilka słów. Tłumaczysz, że idziesz na urodziny, że normalnie nie lubisz szpilek, ale raz na jakiś czas to nawet trzeba się pokazać. Masz mocny makijaż i mam wrażenie, że się go wstydzisz. Tracisz przez niego całą pewność siebie. W metrze patrzę na twoje odbicie w przeciwległej szybie. Jego niewyraźność odbiera ci ostrość makijażu, łagodzi ostre rysy twarzy i dodaje uroczego smutku. Taką lubię cię najbardziej.

Zacznijmy od końca:
na przystanku autobusowym, gdzieś na Mokotowie, w zacinającym deszczu wymieszanym ze śniegiem, stoję i palę papierosa starając się go ochronić przed deszczem i wiatrem. Kilka osób zakutanych po uszy tuli się do siebie w małej przestrzeni ni to otwartej, ni to zamkniętej. Wyglądają jak stadko szaro - czarnych pingwinów gdy tak drepczą i postępują z nogi na nogę chcąc odgonić zimno. Nagle słychać głośne uderzenie: głuchy łoskot, pojedyncze bum!, jakby walnięcie pięścią w stół. Spoglądam w stronę dźwięku: na chodniku przed boczną szybą przystanku stoi ogłuszona wrona ze zwieszonym skrzydłem. Zastanawiam się, czy to moja koleżanka. Z czarnej masy pingwinów przystankowych odrywa się czarny kształt i podchodzi do wrony w pozycji pochylonej, z ręką wyciągniętą ku przodowi, z dłonią ułożoną w miseczkę. Kształt podchodzi do wrony i łapie ją. Ta nie oponuje, zbyt ogłuszona. Wtedy kształt ściąga kaptur i patrzy na mnie tuląc wronę do piersi.
- No, no, już spokojnie - mówisz do wrony.
Patrzę, jak tulisz tego demona, ten bezmięsny szkielet obleczony piórami, tę duszę mordercy i patrzysz na mnie idąc w moją stronę.
- Chyba ma złamane skrzydło - mówisz niby do mnie, ale bardziej do wrony.
- Nie znam się na wronach - odpowiadam zgodnie z prawdą. - Znam tylko jedną. Przylatuje do mnie, na okno i daję jej chleb. Ale to chyba inna wrona.
Ptaszysko siedzi zadziwiająco spokojnie. Lśniąca czerń piór kontrastuje z czerwono  - białą jodełką na twoich rękawiczkach. Po chwili wrona odzyskuje wigor, wyrywa się, macha skrzydłami. Próbujesz ją utrzymać, ale ptaszysko wyrywa się, skacze na ziemię, poprawia pióra poszczerbionym dziobem i odlatuje, choć nieco krzywo. A my patrzymy na siebie i nagle zaczynamy się śmiać. Strzepujesz ziarnka piasku z płaszcza, ja zdejmuję tobie pióro, które przycupnęło na włosach. Pingwiny przystankowe zagulgotały i jak jeden organizm wtuptały się do autobusu. A my staliśmy, śmialiśmy się i opowiadaliśmy sobie przygody z wronami jakie nas spotkały.

piątek, 13 grudnia 2013

Piąte objawienie autoerotyczne skonfigurowane późną nocną zmorą

Trzymając w dłoniach naręcz kolorowych palemek podeszła do mnie. Nie patrzyła w oczy tylko gdzieś ponad ramieniem, w dal. Pstryknęła palcami spomiędzy których wystrzelił płomień. Podpaliła palemki; zapłonęły fioletowo, czerwono, zielono, czarno. Pomiędzy piersiami miała oko które zabrała mi w poprzednim śnie. Oko patrzyło na mnie, obracało się szybko, widać chciało mrugnąć ale nie miało czym. Przyjrzałem mu się bliżej: w oku ktoś był. Coś się tam ruszało, w samej źrenicy, na ciemnym tle jakaś postać. Już miałem przyjrzeć się bliżej gdy jej dłoń ujęła mój podbródek i uniosła ku swoim oczom. Były puste, sypał się z nich popiół.
- Spójrz na mnie - powiedziała.
- Jak mam to zrobić? - pytałem. - Przecież cię tu nie ma.
- Jestem, cały czas. Tylko duszę mam spopieloną, ale człowiek nie jest duszą.
Wręczyła mi palemkę, tę płonącą na czarno. Uniosła oko na łańcuszku i pokazała palcem źrenicę. W środku siedział na stołku Janerka i zaśpiewał mi piosenkę (melodia ludowa, skoczna, wesoła):

widok po widok po kres wpadłem
w pajęczynę że bądź przyjacielem raz
jeszcze ostatnio i mocniej zabije się
serce jak pryszcz pęknie takie serce
to pryszcz jak bułka z masłem dla ciebie
czy powiem tobie wszystko milcząc
zaklęta w drzewo syrena śpiewna na
kamieniu w pełnym końcu rybia twa
część schnie i cześć twej pamięci powiem
szybko tak bez tchu do zmordowania
aż do gwałtu rety dojdzie do wulkanu
wybuchu i jak posąg z pumeksu stanę
świtu każdego ledwo doczekawszy
słów zapominając potykając się o sznurówki

myśli się zbyt wiele nic się nie wie
nic się nie dzieje się źle
nie bez przyczyn owo czucie
dotyka mnie tam gdzie sam
się dotykam zwykle tam jestem sam
tylko dziś jakby z tobą tak
pod ręką jesteś ledwo sięgnąć mogę
by zdążyć przed snem w którym
mamy dwójkę dzieci i kota w pręgi

więc teraz będę bawił się słowami
jak sobą sam się bawię mówiąc do siebie
że cię pragnę tak jakby mocniej
niż sam siebie chcę 

Odkłada gitarę i kłania się nisko. Ona pochyla głowę, co powoduje, że popiół spada na moją twarz. Zamykam oczy i czuję lodowato zimny pocałunek na czole. Lodowatym pocałunkiem okazuje się być nagły powiew zimnego, wilgotnego powietrza z otwartego okna, który mnie budzi o piątej szesnaście rano. Zaspany nagrywam rekonstrukcję snu na dyktafon. Idę spać dalej licząc, że w końcu będę miał jakiś normalny sen z gołymi babami...

piątek, 6 grudnia 2013

Orkan

Widziałem srokę co leciała do tyłu.
I śnieg co leciał do góry.

Sąsiadowi zerwało antenę; stał w oknie
Z zagubioną miną. Za plecami śnieżył telewizor.

Koty w piwnicach zwinięte w drżącą kulę
Jak critersy. Obok kości tej starej

Z trzeciego i puszka whiskas.
Nie zdążyła otworzyć. W radio mówią

Że apokalipsa, koniec świata znaczy się.
Chuj z nimi. Nie ufam Trójce. Znów

Na liście przebojów jest Sting. Chuj
Z nim. Wolę koniec świata.

wtorek, 3 grudnia 2013

Wiedźmin w kosmosie

Kącik książkowy: No i przeczytałem nowego Wiedźmina. Czy on taki nowy jednak? Czy on w ogóle ma sens? Odebrałem tę książkę znakomicie, to znaczy przeczytałem jednym tchem, jak to mówią i od dawna (od pierwszego tomu Pieśni lodu i ognia?) żadna nowa książka tak absolutnie mnie nie wciągnęła. Mistrzostwo świata, napisane z werwą i humorem, wykalkulowane do ostatniego zdania i zakończone w sposób, który daje mnóstwo możliwości aby to uniwersum żyło i zarabiało dalej. Być może jest inaczej i pewnie chciałbym, aby tak było, ale mam poważne wątpliwości, że ta książka powstała z innych pobudek niż finansowe, co jednak nie umniejsza jej ani odrobinę. Sapkowski pisać umie i niczego udowadniać nie musi. A Wiedźmin? Toż to chyba jedna z najlepszych postaci literackich jakie w tym kraju powstały. Ożywienie go, ożywienie tego uniwersum to żyła złota; mało kto by się chyba o to nie pokusił, a lepiej jak robi to sam zainteresowany niż domorośli fani.
Książka jest produktem doskonałym pod niemal każdym względem; literacko wyśmienita i nadal wciągająca, świeża i żywa. Żadnego niepotrzebnego patosu; jest chędożenie, polityka i humor. Jest intryga (choć moim zdaniem nieco słaba i naciągana w porównaniu z sagą) i są bijatyki, czyli w zasadzie wszystko, co trzeba. Czego brakuje?
Ano szczerości. Może to tylko moje odczucie, bo jeszcze z nikim na temat tej książki nie rozmawiałem, ale brak mi tu szczerości. Napisana przy linijce, od - do, bez żadnej ślepej odnogi, bez popłynięcia. Bez serc, bez ducha, chciałoby się zakrzyczeć.
Produkt: perfekcyjny, doskonały, ale jednak produkt. Zbyt doskonały, aby uwierzył w niego do końca.
Ale czy to wada? Mamy kawał doskonałej prozy; dziś tylko Dukaj i Orbitowski są w stanie tak pisać, z tym, że oni mają jeszcze serca na swoim miejscu.
A zresztą, kogo to obchodzi? Wiedźmin wrócił, jest radość!

Kącik filmowy: Europa Report (2013), reż Sebastian Cordero. A jeszcze niedawno rozmawiałem o podobnym temacie, który nie jest nowy dla ludzi, co czytali trylogię Odyseja kosmiczna.Na Europie, księżycu Jowisza, jest woda więc i pewnie coś tam żyje. Temat nośny, ale jakoś Mars i jego pustynie przysłoniły go nieco. No i Amerykanie nakręcili sobie o tym film. I zrobili to bardzo sprawnie i bardzo ciekawie. Bez patetycznie szczęśliwych zakończeń oraz bez kosmitów pożerających co i rusz głupich astronautów (choć może z tym tak nie do końca...). Obca forma życia (bo to ani kosmita, ani potwór, ani takie nie wiadomo co) pokazana jest jako dziki stwór, może nawet świadomy, ale z pewnością w zupełnie inny sposób niż możemy się tego spodziewać. I można ubolewać jedynie nad uproszczeniami w scenariuszu jeśli chodzi o kilka zwrotów akcji, ale całość trzyma się kupy w stopniu zadowalającym a zakończenie czyni film lepszym od Grawitacji jeśli chodzi o fabułę, bo wizualnie to nie, nie ta liga jednak. Europa Report jest nakręcona z punktu widzenia kamer "przemysłowych" co pasuje do ciasnych przestrzeni statku kosmicznego, ale nie pozwala na szaleństwa z efektami i takich tu nie ma. Choć sceny na samej Europie robią wrażenie; widać pomysłowe wykorzystanie jednego "pleneru". Ogląda się przyjemnie, a kilka razy nawet zamierałem z chrupkiem w pół drogi ku ustom by czekać na to, co się wydarzy na ekranie. Podobał się Moon? Podobało się Apollo 18? Spodoba się Europa Report. Dla tych co lubią strzelanie z laserów pozostaje czekać na nowe Gwiezdne Wojny. Zresztą, ja też czekam.

wtorek, 19 listopada 2013

LAPKRÛTIS

Ostatnio mam wrażenie, że całe moje życie towarzyskie odbywa się na przystankach autobusowych albo w metrze, z przypadkowymi ludźmi z którymi i tak nie rozmawiam bo słucham muzyki.

1. Niechęć Śmierć w miękkim futerku. Miałem tę płytę długo; zaintrygowała mnie okładka: stara baba pali cygaro. Niby nic, ale obiecywałem sobie wiele po takiej okładce. Leżała, leżała, parę razy już miałem włączać, ale zawsze jakieś zeuhle albo inne RIO się pojawiało i klops. Przeleżała rok aż w końcu się doleżała. Zasadniczo to jazz, straszliwie hipnotyzujący. Nie męczy a niesie daleko, daleko, w lepsze krainy, choć bardziej mroczne.

Widziałem ostatnio chłopaka, mężczyznę w zasadzie młodego, co wyglądał identycznie jak Mrożek za młodu. Marynarka w jodełkę, kapelusz, te same okulary... Wyglądał pięknie, jak wycięty z obrazka ze starej książki. Obok niego siedziała dziewczyna, blondynka, równie śliczna jak on. Poczułem się przy nich brzydki ze swoją ledwo brodą i ledwo pensją.

2. Jack Dupon Jesus l'aventurier. Objawienie. Tak jednym słowem jestem w stanie określić tę płytę, choć przecież nic nowego na niej się nie dzieje. To RIO lekko zabarwione zeuhlem, ale grane ze swadą i przytupem godnym japońskiej szkoły spod znaku Happy Family. Zachęciłem? Słusznie, bo warto.

Ludzie, gdy ich oglądać zza muzyki, kręcą tylko rękoma jak wiatraki, otwierają usta w dziwnych grymasach, pokazują zęby i wnętrza dłoni.

3. Melt-Banana Fecht. Czy to punk? Czy to metal? Czy to Myszka Miki się naćpała i założyła kapelę rockową? To może być wszystko i to jest wszystko, ale to, co to wyprawia z ludzkim umysłem sprawia, że jest to coś zupełnie cudownego. Japonia. Słowo klucz. Wyobraź sobie ze dostałeś łopatą w łeb w chińskim disneylandzie podczas tajfunu...

Ludzie...

4. Guapo History Of The Visitation. Podobno jedyny zeuhl z Wysp. A jak się wyspiarze zabiorą za coś francuskiego, to muszą dodać dużo od siebie i w rezultacie mamy prog silnie poprzetykany zeuhlem i jeszcze z elementami post i tak jakby... metalu? Najprzyjemniejsze są płyty, których nijak nie jestem w stanie opisać.

... czasami was strasznie nie lubię.

poniedziałek, 21 października 2013

Nowa Zelandia

Plotki o mojej śmierci były stanowczo przesadzone. Podobnie jak plotki o moim wyjeździe za granicę. Nie porwali mnie także kosmici, choć to mogło być ciekawe doświadczenie. Nie mniej od kilku dni śni mi się, że mieszkam w Nowej Zelandii i jestem surferem. Nie wiem, czy to wynik namiętnego oglądania Słonecznego patrolu czy może coś innego, bliżej nie zdiagnozowanego, ale niemal co noc śni mi się, że pomykam deską po wielkich falach, a potem bujam się po plaży z rozmaitymi niewiastami. W sumie jest to dość przyjemny sen którego nawet nie próbuję tłumaczyć.

Końcówka lata i połowa jesieni minęła jak we śnie. I wolałbym, aby część z tego, co się zdarzyło było tylko snem. W każdym razie jestem, oddycham, trochę tylko bardziej sponiewierany niż zazwyczaj. Nowe mieszkanie na Ursynowie dostarcza mi niezapomnianych rozrywek i myślę, że to będzie temat rzeka na kolejne wpisy, ale pomału, niech się rozgoszczę tu znów, bo palce i myśli mam zwiędłe po dwóch miesiącach stagnacji. Z okna mam widok jak w pierwszym lepszym mieście, więc nie czuję tu, że Warszawa, że stolica, że wielki świat tuż za rogiem. Nie widzę już stadionu a blok, z kotem w każdym oknie.

Do tego zrobiłem się sentymentalny, staram się chodzić na siłownię i uprawiać zdrowy tryb życia. Nic z tego póki co nie wychodzi. Planów mnóstwo.

Właśnie spadł deszcz.


środa, 7 sierpnia 2013

Wszystko kończy się na pornografii

Dziewczyna w parku pokazała cipkę. Może nawet nie chciała jej pokazać, pewnie nie taki miała zamiar, ale stało się: cipka wyszła na wierzch. I co? Liczne matki z dziećmi ignorowały pokaz bo przecież taką samą cipkę mają, a poza tym cipka wychynęła na wierzch przypadkowo, nie żeby gorszyć, więc i zwrócić uwagę, że cipka wystaje trochę jednak głupio. Mężczyźni udawali, że nie widzą. Bo na co tu patrzeć? Cipka jak cipka, taką samą widują w filmach i w gazetach. Teraz to nie zgorszenie pokazać cipkę, bo wszyscy z cipki wzięci. A dziewczę usiadło i uśmiechnęło się, potem uśmiechnęło się otworem do uśmiechania bardziej przeznaczonym. Ot, wielkie i co! Sukienusia się jej podwinęła, nogę na ławkę wsparła i zapomniała, biedula, że majciochów nie ma. No i wyszła cipka z worka.
Nawet nikt się nie zgorszył, nikt nic nie powiedział, nikt nie chrząknął porozumiewawczo. Chrząkać na cipkę w miejscu publicznym jakoś nie wypada. Sytuację uratowało dwóch nastolatków, którzy zbyt głośno wyrażali entuzjazm z przypadkowo zobaczonej cipki. Dziewczyna się spostrzegła, cipkę schowała i wszyscy się rozeszli. A teraz będzie o muzyce.

Lizard. Zespół, którym mnie kolega Mati straszył kiedyś, że jak ktoś jest niegrzeczny, to po śmierci trafi do miejsca, w którym leci non stop W Galerii Czasu. W liceum koledzy starsi w dziele progresywnym też mnie przed tym tworem przestrzegali. I gdy w końcu sięgnąłem po ową płytę, poznałem prawdę. Tak, jeśli gdzieś jest piekło, leci tam Lizard. Zapomniałem o tym tworze na wiele lat. Zresztą, ja w ogóle uważam, że prog w Polsce skończył się na Skaldach i SBB i zazwyczaj omijałem szerokim jak Trasa Łazienkowska łukiem wszystko, co opatrzone było etykietą polski prog albo, nie daj Eris, polski neo - prog. Pozytywnych zaskoczeń miałem mało. Więcej było negatywnych. Gdzieś w okolicach zeszłego tygodnia w końcu trafiłem na ich ostatnie dzieło (a nawet nie wiedziałem, że w międzyczasie coś jeszcze nagrali). Zaciekawiło mnie, że inspirowane Mistrzem i Małgorzatą, co akurat było wyborem dość karkołomnym. Posłuchałem i... Nadal uważam, że to karkołomny wybór i ciężko powiedzieć czy Bydliński i spółka wyszli obronną ręką.Uraz do śpiewania w rodzimym języku mam od czasów pierwszej kasety Hey i tylko Janerka był w stanie mnie przekonać, że to jednak fajnie brzmi. Głos pana Bydlińskiego jest zachowawczy jak jasna cholera, stonowany i nie ma w nim żadnej emocji. Słowa są proste, trochę naiwne, ale pasują, brzmią naturalnie. Muzyka przeciętna, choć raczej na plus tej przeciętności, bo nie razi, nie przeszkadza, a bardzo przyjemnie się jej słucha w tramwaju. To w ogóle jest płyta, z którą najlepiej na słuchawkach. Nie, żeby się ktoś wstydził... ale jest troszku... hmm... intymna? Złe słowo. Jest spokojna raczej, słuchając jej na głośnikach gdzieś mi resztki jej energii umykają. Na słuchawkach wszystko trafia tam, gdzie powinno. Zresztą, z innego powodu poświęcam im tak wiele miejsca. W końcu usłyszałem zespół znad Wisły, który nie dotyka się w miejsca niesforne słuchając Wilsona i który nie goni w piętkę za Petruccim i jego kolegami. Dlatego uważam, że jest wart uwagi. Płyta jest przaśna, ale w tej przaśności naturalna. Taka nasza. Taka polska.

Lizard. Magazyn, który zszedł na psy. Dużo tych zwierzątek dziś. Kiedyś pisali o progresywie, a dziś, pomimo miliarda nieznanych zespołów z gatunku, rozpisują się o Deep Purple, zespole, który kiedyś rozmawiał z gościem, który ma wujka, którego znajomy z pracy ma płytę progresywną. Litości! Jak chcę poczytać o Deep Purple to sobie kupię Teraz Rock albo Bravo.

Nadal nie mogę słuchać nowego Black Sabbath. Męczy i mierzi mnie ta płyta. Wróciłem do klasycznego okresu myśląc, że jestem uprzedzony, i... też nie mogę tego słuchać. Słuchałem starej Metaliki i... też nie mogę tego słuchać. Ależ to się zestarzało przeokrutnie! Tak to się już nawet w Ciechocinku na dansingach nie gra. Słucham za to Hatfield & The North. To wariactwo idealnie pasuje do upałów. Caravan napisał swego czasu piosenkę o robieniu loda. To tak gwoli przypomnienia, że prog to nie tylko każdego dnia więcej ran w twojej głowie. Wszystko kończy się na seksie, lodach i cipkach.


Szalone lato w mieście!

poniedziałek, 8 lipca 2013

Letnie medytacje

- Kiedyś to było chlanie – wzdycha młody człowiek w koszulce Pearl Jam na przystanku autobusowym. – Za moich czasów studenci chlali naprawdę mocno, nie tak jak teraz, na pokaz.
Jego towarzysz, w koszulce Pidżamy Porno, wzdycha ciężko i potakuje głową. Z ich słów płyną gorzkie żale nad nieudolnością alkoholową współczesnej młodzieży. Słucham tego mimowolnie, bo akurat rozładowała mi się maszynka, która odtwarza muzykę. A maszynka niestrudzenie odtwarzała …Like Clockwork. Ciężko mi słuchając tej płyty. Ciężko, bo najlepsza bodaj płyta rockowa od czasów The White Stripes i ich Słonia. Tak właśnie myślę. Zawsze ich lubiłem, ale nigdy po całości. Płyty mieli wybitne, lecz na każdej znalazł się utwór, który mnie zniechęcał, który przerzucałem. Płyty nagrywali nierówne, petardy sąsiadowały ze słabszymi rzeczami. …Like Ckockwork to pieprzona bomba atomowa. Płyta zmiata, zamiata, rozwala system. Jest prosto, jest mocno, jest genialnie. Nie ma kantów, zgrzytów, wszystko gra idealnie. Jeśli kiedyś miałem cień wątpliwości co do Queens of the Stone Age, to teraz ich nie mam. Ani jednej wątpliwości. Lepszej płyty na lato nie mogliśmy sobie wymarzyć. Słucham nieprzerwanie od czterech dni i nie mogę przestać. Narkotyk, brakowało mi muzyki, która przenikała by do samych ścięgien, do lędźwi, pierwotnej, ale inteligentnej jak jasna cholera. Panie Homme! Jesteś pan Bogiem, wielbię pana!
Ten w koszulce Pearl Jam nosi glany zasznurowane ciasno, do połowy łydki. Asfalt na ulicach wrze, gołębie się w nim topią jak koty.
- Dzieciaki takie teraz na tych studiach… - mówi niedokończoną myśl, spluwa na chodnik.
Lód Dukaja w końcu skończony. Książka – gigant, nie tylko, jeśli chodzi o objętość. Przed Dukajem też pokłonić się muszę, bo tworzy książki z żelazną logiką, nawet, jeśli jest wymyślona. Należy mu się pokłon, bo po Innych pieśniach nie siadł na laurach, a dalej potrafi wysmarować świat, który pochłania czytelnika z kapciami i, co najważniejsze, język , którym zaczyna się myśleć w realnym życiu. Wielka książka.
Ten drugi, ten w Pidżamie Porno, kiwa głową i mówi
- Nosz kurwa, masz rację, dzieciaki.
Często zastanawiałem się, czy jak już kupię sobie czytnik ebuków, to coś to zmieni. Tak, zmieniło wiele. Poza tym, że teraz siadając na toalecie włączam książkę, zamiast ją otwierać, czytam dwa razy więcej. Nie wspomnę już o fakcie, że do wszelkiej klasyki mam dostęp niemal nieprzebrany. Nowych rzeczy też się kilka znajdzie, nawet jeśli mam niejasne przeczucie, że to nie do końca w porządku: sam przecież ślęczę nad książką, którą chciałbym wydać i coś na niej zarobić. Nie trzeba przecież dużo.
- Dzieci, dzieci – kiwają już teraz oboje głowami jak gołębie pijące wodę. Pomyślałem sobie, że będąc w jego wieku też biegałem w glanach w największe upały i dziwnym trafem nie było mi gorąco.
I tak jak ten dzień, notka także nie będzie miała sensu. Jestem w stanie agonalnym. Dostałem udaru. Wymiotuję słońcem. Świecę w ciemnościach. I jeszcze na dodatek boli mnie pęknięty podstępnie ząb.
- Jak szedłem na studia w 2010, to był rocznik! – wzdycha ten w Pearl Jam.
Rozprażony słońcem asfalt to jedno wspomnienie. Jak położyli go w Działdowie, gdzieś pod koniec lat 80’, był miękki i zapadały się w nim trampki. Topiliśmy w nim kapsle i monety. Znad pobliskiej rzeki i pól wiatr przynosił zapach kwiatów, wody i ziół: chłodną i świeżą nitkę w falującym od słońca powietrzu. Wystarczy zamknąć oczy. Czuję ten ledwo uchwytny zapach i widzę się stojącego na szczycie ulicy, z rozdrapanymi do krwi kolanami. Co jest takiego w tym lecie, że kojarzy się z łapaniem kijanek albo świerszczy do słoika po kiszonych? Każdy owad był przyjacielem, kamieniem szlachetnym na nóżkach, obiektem nieposkromionej fascynacji.
Chciałbym to skończyć jakoś z sensem, ale nawet młodzieńcy nie pozostawili mnie z puentą wsiadając do autobusu numer 517. Niech będzie więc, że lato. Utopię się we wspomnieniach, jak w słońcu – miodzie.

wtorek, 25 czerwca 2013

Brzanki

Siąść.
Myśleć.
Kidy widzę za oknem białe, lepkie powietrze, które przylepia się do liści, odczuwam pewien dyskomfort. Kojarzyło mi się to zazwyczaj z porankami, którymi lazłem jeszcze lekko pijany, parujący alkoholem jak markowymi perfumami Polmos No 5 (a pięć to też znaczek procenta na klawiaturze!) i otwierał pewien lokal w sercu pomorskiej (bo prawobrzeżnej) metropolii. Uderzało mnie zatęchłe, śmierdzące papierosami i moczem powietrze. Jasny, przepalony poranek. Pierwsi turyści łażą robiąc zdjęcia krzywej wieży. Japończycy z aparatami robią zdjęcia, gdy zamiatam. Ja pocę się orzechowym potem, lepkim i kwaśnym, który przesiąka koszulkę z taniego materiału i zostawia białe, koliste ślady potnych zatoczek, linii papilarnych mojego ciała. Stopy miażdżą sfermentowane mirabelki, który wydzielają woń taniego wina.
Mleczne powietrze spaja ten obrazek z tym, jaki widzę teraz, z okna. Dziewiętnasta, niemal zachód słońca. Długie cienie kładą się między blokami. W parku pod blokiem wygrzewają na kocach ludzie, rozgogoleni, rozsłonecznieni, błyszczący od olejków. Powiśle wygląda jak las, w który ktoś (kto?) powrzucał chaotycznie bloki i kazał tam ludziom (jakim?) mieszkać. Ktoś mi kiedyś mówił, że Warszawa jest szara. Kłamał.
Poza tym znów widuję ludzi, których już gdzieś widziałem. Tym razem sławnych. Ale nic to, dziś rankiem miasto znikło!
Ach, cóż to była za burza! Pierdolnęło nagle, z rana, na skraju świtu i nie wiem, czy bardziej obudził mnie błysk czy może huk grzmotu, który nadbiegł tuż po nim. Wyjrzałem przez okno i miasto, jak je widzę z okna, znikało pożarte przez szarość tak złowrogą, że śmiało mogłaby wystąpić w filmie o znikających w niej miasteczkach. Przylazło od strony Pragi i połykało bloki jak karmelki, plując piorunami. Chwila - moment, podbiegło pod okno i już nic nie było widać. Tylko szarość i światło w niej rozpuszczone, rozbełtane, dające efekt zamknięcia w piłeczce pingpongowej. Zasnąłem w tej poświacie, śniąc rzeczy dziwne. Obudziłem się wypoczęty i pozwalałem światu powoli do mnie docierać.
Wstałem. I teraz jest już wieczór. Na horyzoncie wałkują się kolejne chmury, z których pewnie też urodzi się burza. Powietrze lepi się do palców jak słodka ślina, roztopiony cukier albo coś podobnego. Światło jest mleczne. Chmury przypominają szare mózgi, znów się błyska na horyzoncie, znów się myśli zbyt mocno i pisze, pisze, pisze. W końcu znów się pisze. 

niedziela, 2 czerwca 2013

Szyszki i motyle

A teraz pora na Krystynę Czubównę:
W podwarszawskich lasach spotkać można wiele stworzeń, wśród nich potężnego łosia, sprytnego wróbla czy podstępnego komara. Ale najbardziej zwracającym na siebie uwagę stworzeniem jest quad. Spotkać go można niemal wszędzie. Zapamiętale ryje w piaszczystym podłożu w poszukiwaniu pożywienia, a także całymi dniami ugania się w poszukiwaniu samic, wydając przy tym głośny zew godowy. Ponieważ jednak samice quadów występują niezmiennie rzadko, samiec musi się sporo po lesie najeździć, aby jakąś odnaleźć. Naukowcy stosunkowo mało wiedzą o rozmnażaniu się tych głośnych, ale fascynujących stworzeń. Mało kto miał okazję widzieć sam moment zapłodnienia; częściej widywany jest taniec godowy. Kilka samców, najczęściej grupa pod wodzą najsilniejszego osobnika, z dużą prędkością przemierza knieje, wydając przy tym głośny, warkoczący zew godowy, którym starają się zaimponować skrytym z natury samicom. Gdy już to nastąpi, samce, których zew godowy był najgłośniejszy, wybierają samicę, odłączają się od stada i odjeżdżają w stronę zachodzącego słońca.
Pani Krystyno, dziękuję!

Łaskawe męczy. Ale nie tym, że to zła literatura. Męczy nagromadzeniem nazwisk, opisów wszystkich struktur nazistowskich Niemiec, oraz filozoficznych wynurzeń, które czasami są troszkę jałowe. Spycha to wszystko na drugi plan całą grozę wojny, choć może taki był zamiar Littella: wojna jako monstrualna machina biurokratyczna, która chciała uzasadnić najgorszy nawet koszmar kuriozalnymi przepisami. Niemniej powieść jest wielka (dosłownie i w przenośni) i ociera się o genialność, którą zyskałaby, gdyby autor choć troszkę ją skondensował i powstrzymał się czasem od filozoficznych wycieczek, które sprawiają, że chwilami jedzie na jałowym biegu.

Pod wulkanem męczy jeszcze bardziej. Być może przedawniło się, choć alkoholizm się nie przedawnia. Poza kilkoma genialnymi scenami mnóstwo w niej pęknięć, motania się, waty słownej. Napisana okropnie (ile z tego jest winą tłumacza, nie wiem), sprawia mi fizyczny ból. Zaczyna się pysznie; kończy genialnie, ale w środku jest miałko. Podobno to najlepsza książka o alkoholizmie. Czy łagodne potraktowanie tematu można złożyć na karb jego kanadyjskiego obywatelstwa? Życiorys miał chłop potężny, ale nijak się to nie przełożyło, nijak zupełnie. Brak mi w tej książce brzydoty. Jeden zawszony, śmierdzący kundel wiosny nie czyni...

Moby Dick? Aż taka powtórka z klasyki? Leży, kusi, dawno nie czytane. Podobało mi się, pamiętam, więc spróbujemy. Na pokład więc!